Przedszkole

      • Nowa podstawa programowa mocno podkreśla sprawczość dziecka. Dziecko ma próbować, działać, wybierać, podejmować decyzje na swoją miarę i doświadczać, że potrafi. A czasem także tego, że jeszcze nie potrafi, ale może spróbować drugi raz.

        Niby nic nowego. A jednak wystarczy przyjrzeć się codzienności, żeby zobaczyć, jak łatwo my, dorośli,

        tę sprawczość dziecku trochę odbieramy. Oczywiście najczęściej zupełnie niechcący.

        W domu wygląda to często bardzo niewinnie. „Daj, mama zapnie”, „tata poprawi”, „zostaw, ja zrobię szybciej”, „daj ten plecak”. Bo rano trzeba wyjść, bo się spieszymy, bo obiad stygnie, bo naprawdę szybciej będzie zrobić coś za dziecko niż czekać, aż ono zrobi to samo po swojemu.

        W przedszkolu mechanizm bywa bardzo podobny. „Pani, jak mam to zrobić?”, „Pani, jakim kolorem mam pomalować?”, „Pani, gdzie to przykleić?”, „Pani, co mam powiedzieć?”. A my odpowiadamy. Pokazujemy. Poprawiamy. Podpowiadamy. Czasem nawet zanim dziecko zdąży chwilę pomyśleć.I przecież nie dlatego, że chcemy dzieciom coś odebrać. Wręcz przeciwnie. Chcemy pomóc. Tylko że pomoc ma różne oblicza.

        Czasem pomocą jest zapiąć kurtkę. A czasem pozwolić, żeby dziecko piąty raz próbowało trafić suwakiem w zamek. Czasem trzeba podpowiedzieć. A czasem zamiast powiedzieć: „Weź zielony”, lepiej zapytać:

        „A jaki kolor ty wybierasz?”. Zamiast: „Przyklej tutaj” – „Gdzie twoim zdaniem będzie dobrze?”. Zamiast od razu rozwiązać dziecięcy konflikt - dać chwilę i zapytać: „Co możecie zrobić, żeby się dogadać?”.

        Właśnie w takich małych sytuacjach dzieje się coś ważnego. Dziecko zaczyna doświadczać, że jego decyzja ma znaczenie. Że może mieć własny pomysł. Że nie wszystko musi wyglądać tak samo. Że dorosły nie zawsze poda gotowe rozwiązanie, ale będzie obok, jeśli pomoc naprawdę okaże się potrzebna.

        Bo sprawczość nie zaczyna się od wielkich projektów. Zaczyna się przy zapinaniu buta, nalewaniu wody, wyborze koloru, budowaniu wieży, sprzeczce z kolegą czy zwykłym „ja sam”.

        I chyba właśnie w tym miejscu rodzice i nauczyciele mają ze sobą bardzo dużo wspólnego. Jedni i drudzy chcemy dzieciom pomóc. Jedni i drudzy działamy czasem w pośpiechu. Jedni i drudzy mamy pokusę, żeby podpowiedzieć, poprawić albo zrobić coś szybciej.

        Może więc warto czasem, zanim ruszymy z pomocą, zadać sobie jedno pytanie: czy dziecko naprawdę tej pomocy teraz potrzebuje, czy po prostu nam będzie szybciej?

        Bo między „radź sobie sam” a „daj, ja zrobię” jest jeszcze bardzo dużo miejsca. I mam wrażenie, że właśnie tam mieszka sprawczość.

        Bo samodzielność ma jedną niewygodną cechę. Żeby się jej nauczyć, trzeba mieć możliwość robić coś samemu.

        A jeśli czasem wytrzymamy tę chwilę dłużej, nie poprawimy, nie wyręczymy, nie podpowiemy za szybko, może zobaczymy coś naprawdę pięknego.

        Tę minę, kiedy dziecko samo odkrywa, że potrafi. Ten błysk w oczach. Tę dumę, której nie da się dziecku podarować ani wytłumaczyć. Ono musi jej doświadczyć samo.

        I wtedy pada to krótkie, a jednak bardzo ważne: „UDAŁO SIĘ!”.

        Może właśnie dla takich chwil warto czasem po prostu poczekać.